Kanclerz Niemiec ostrzej o interwencji zbrojnej w Iranie
#Merz #Trump #Iran #CieśninaOrmuz #Pistorius
Z ostatnich wypowiedzi Friedricha Merza wynika, że zmienia on postawę wobec amerykańsko-izraelskiej operacji zbrojnej przeciwko Iranowi. W bezpośredniej reakcji na rozpoczętą 28 lutego 2026 r. wojnę w Iranie kanclerz Niemiec próbował zachować powściągliwość i nie krytykował działań USA i Izraela – mówił więc o konieczności usunięcia reżimu ajatollahów i równocześnie stwierdzał, że nie jest jego zadaniem „pouczać partnerów i sojuszników”. Takie podejście zachował również podczas spotkania z Donaldem Trumpem w Waszyngtonie, 3 marca 2026 r., gdy to nie zdobył się na słowa krytyki, nawet wówczas, gdy zorientował się, że administracja amerykańska nie ma żadnego planu działania w Iranie po ewentualnym obaleniu władzy ajatollahów.
W minionym tygodniu można było natomiast zaobserwować większą odwagę Merza w formułowaniu krytycznych ocen odnoszących się do działań administracji Trumpa na Bliskim Wschodzie. Przy okazji wizyty czeskiego premiera w Berlinie 11 marca br. kanclerz Merz, wyrażając obawy, że USA i Izrael nie mają planów zakończenia konfliktu, zadeklarował: „Nie interesuje nas niekończąca się wojna”. W podobnym tonie utrzymana była wypowiedź Merza podczas jego wizyty w Norwegii 13 marca br., gdy zapewniał, że „Niemcy nie są stroną w tej wojnie i nie chcą nią zostać, a wszystkie ich wysiłki skupiają się na zakończeniu konfliktu”.
Następnie kanclerz stwierdził, że wojna na Bliskim Wschodzie rodzi „poważne pytania” dotyczące bezpieczeństwa. Konkretyzował, że „ma ona ogromny wpływ na koszty energii oraz może wywołać masową migrację”. Zdobył się też na krytyczną ocenę posunięcia Trumpa, który w czwartek, 12 marca br., zadecydował o złagodzeniu sankcji nałożonych na rosyjską ropę naftową. Merz uznał, że takie działanie wzmacnia budżet Rosji i pozwoli jej na kontynuowanie wojny na Ukrainie. „Jest to zła decyzja” – ocenił kanclerz Niemiec.
Jeszcze bardziej konfrontacyjnie kanclerz zareagował 16 marca br., odpowiadając na żądanie Trumpa, postawione niemal w formie ultimatum, aby sojusznicy z NATO włączyli się do zabezpieczenia cieśniny Ormuz. „Stany Zjednoczone i Izrael nie konsultowały się z nami przed wojną. Nigdy nie podjęto wspólnej decyzji, czy to zrobić. Dlatego nie ma pytania, jak Niemcy zaangażują się militarnie. Nie zrobimy tego” – powiedział Merz. Potwierdził to szef resortu obrony Boris Pistorius, mówiąc: „To nie nasza wojna, nie zaczęliśmy jej. Chcemy rozwiązań dyplomatycznych i szybkiego jej zakończenia”.
Doszukując się przyczyn zaostrzenia tonu narracji przez Merza, komentatorzy zwracają uwagę na czynniki gospodarcze. Kanclerz obawia się, że wojna w Iranie pogłębi już i tak poważne problemy gospodarcze Niemiec, a zwłaszcza że ich osłabiony sektor przemysłowy doświadczy skutków rosnących kosztów energii. Z kolei potencjalnie nowa fala napływu uchodźców może spowodować kolejny kryzys migracyjny, z którego skorzysta głównie skrajnie prawicowa AfD, stając się liderem na partyjnej mapie Niemiec. Według badań aż 28% pytanych Irańczyków wskazuje właśnie Niemcy – gdzie mieszka już liczna ich grupa – jako najbardziej pożądany cel, gdyby zdecydowali się na ucieczkę przed wojną.
Nie bez znaczenia są naciski wewnątrz koalicji, gdzie np. wicekanclerz i lider SPD Lars Klingbeil od początku zdecydowanie ostrzej reagował na amerykańsko-izraelską akcję zbrojną, jednoznacznie uznając ją za sprzeczną z prawem międzynarodowym. Głosy krytyki pochodzące od polityków koalicyjnej socjaldemokracji dotyczyły nie tylko zbyt powściągliwego stosunku Merza do wojny w Iranie, ale także jego uległej postawy wobec amerykańskiego prezydenta, czego emblematycznym przykładem był brak reakcji kanclerza Niemiec na tyrady Trumpa pod adresem Wielkiej Brytanii i Hiszpanii, wygłaszane w jego obecności w Gabinecie Owalnym.
Takie zachowanie uderzało w wizerunek Merza, który chciałby odgrywać rolę lidera w Unii Europejskiej. Warto wspomnieć, że zarówno prezydent Francji, jak i uchodząca za bliską sojuszniczkę Trumpa włoska premier Giorgia Meloni nie wahali się skrytykować działań amerykańskiego przywódcy. Można zatem przypuszczać, że nie chcąc dopuścić do swego rodzaju izolacji wśród kluczowych europejskich liderów, kanclerz Niemiec zaczął zmieniać front. (J. Kiwerska)